. >> czwartek, 4 czerwca 2009 09:10:57
.
komentarze [1]. >> sobota, 6 września 2008 23:48:16
.
komentarze [0]. >> wtorek, 10 czerwca 2008 22:35:11
.
komentarze [0]. >> poniedziałek, 24 marca 2008 15:09:11
.
komentarze [0]. >> niedziela, 6 stycznia 2008 15:19:50
.
komentarze [1]. >> niedziela, 23 września 2007 15:11:12
.
komentarze [2]. >> czwartek, 21 czerwca 2007 14:55:30
.
komentarze [2] >> poniedziałek, 2 kwietnia 2007 02:27:08
Natchnienie umarło...
Ale obiecałam. I dotrzymam słowa. Przysięgam.
komentarze [2]W chwil kilka. >> środa, 10 stycznia 2007 16:37:40
Nidługo napiszę. Obiecuję.
komentarze [9]Rozdział trzynasty - sumienie >> poniedziałek, 23 października 2006 23:15:56
I zasnęłam. Pamiętam tamten sen, który osiadł w głowie, coś, co przypominało moje życie, bądź miało je przypominać. Jak film obejrzany wielokrotnie, lecz za każdym razem, poprzez zmianę jednego szczegółu – zupełnie inny. Wszystko do momentu spotkania Kruka, tak, jakby ta część była nieunikniona, niezmienna. Obudziłam się z policzkiem przyciśniętym do Jego dłoni – zimnej. W tej jednej chwili uderzyła we mnie cała bezsilność, fakt braku możliwości podważenia tego, co się dzieje. Pamiętałam wiele rzeczy, które chciałabym zmienić, jednak niczego innego nie pragnęłam bardziej niż Jego życia.
***
Zimno. Boże, nie, to jego dłoń! Płaczę, znów płaczę...
***
Rozpacz. Na krawędzi ołtarza dostrzegłam sztylet, ten. Sięgnęłam po niego, pragnęłam swojej śmierci...
***
- Zabawne... Jak poprzez śmierć jednej osoby można spowodować zgon innej... – Kapłan, dlaczego... Dlaczego mi przerywa, skoro tak pragnie, żebym skończyła swoje życie?! – Zastanówmy się... Dlaczego chcesz zabić się z powodu śmierci człowieka, który miał pełnić rolę twojego kata? Dręczyciela?
- Bo to ...
- Bo to twoja wina? Tak, wina... – i ten okropny uśmiech czający się w kąciku wąskich ust...- Lecz czy to tak naprawdę o to właśnie chodzi? O sumienie? – mówi, jakby zastanawiał się nad możliwością istnienia takiego uczucia – Nie, to byłoby zbyt proste... – zbyt proste? Ludzie są prości! A przynajmniej ja jestem prosta. – Dlaczego przypisujesz ludziom uczucia całkiem im obce?
- Ja niczego nikomu nie przypisuję! - wściekłość
- Więc dlaczego tak bardzo irytuje cię mój osąd? Postrzegasz ludzi takimi, jakich chcesz ich widzieć, walczysz o uczucia, których tak naprawdę nie ma. I nigdy nie było.
***
Tak bardzo chciałam, żeby nie miał racji...
komentarze [10]Rozdział dwunasty - Łza >> wtorek, 8 sierpnia 2006 23:01:18
Co chwilę potykałam się o jakieś korzenie, wystające pnącza, ciężko było iść, ciągle musiałam spoglądać przed siebie.
***
Nie widzę wyjścia, a przecież miało być tak blisko... A może… Skąd mógł wiedzieć jak długo mam iść? Przecież on sam chyba nigdy nie uciekał...? A może uciekał, złapali go i dlatego nadal jest uwięziony? A raczej… był…
***
Posmutniałam. Nie mogłam przyjąć do siebie myśli, że On już nie żyje, było to równie niewyobrażalne jak myśl o powrocie do domu. Jednak wracałam...
***
Skąd pochodzi to świtało, jakby przebijało się pomiędzy liśćmi, pnączami. Przecież za nimi jest skalna ściana… Podeszłam do roślinnego muru i ręką odgarnęłam kilka liści, a zza nich usypała się garstka ziemi, zaczęłam drążyć w głąb, aż proch sam zaczął się sypać.
***
Coraz szybciej, aż przybrał niepokojący pęd, w pierwszej chwili pomyślałam, że wyjście jest już blisko, na wyciągnięcie ręki, ale szybko okazało się być inaczej, zasypywało tunel. Strach, chwila nieuwagi, wyjście stawało się coraz bardziej odległe z każdą sekundą.
***
Ziemia, jest wszędzie. Zraz zabraknie powietrza! Muszę...
***
Dusiłam się powoli, aż obraz zaczął uciekać mi sprzed oczu, aż wszystko stało się czarne, straciłam przytomność. Widziałam wtedy, coś dziwnego, jakby białe... duchy? Nie, to nie możliwe, ale pamiętam, choć jakby przez mgłę. Ludzie, ubrani na biało, mówili, w języku dla mnie nie zrozumiałym, nie, nie pamiętam… Ocknęłam się jakiś czas potem, nie wiem ile, mogło to być kilka dni, jak i zarówno krótka chwila. Pomieszczenie, które znałam, pamiętałam dokładnie każdy szczegół tego miejsca, a zwłaszcza ten ołtarz, tym razem ciemniejszy, ten sam. Pusto, nikogo, kto mógłby przerwać panującą wokół ciszę, grobową, tak właśnie należałoby ją określić, bo to oddaje najpełniej tamtą atmosferę. Powietrze wydawało się być gęste, sama nie wiem, może od pyłu, dziwnej wilgotnej mgły?
***
Co się dzieje?! Ja... zaraz umrę! Nie, chwila, gdzie... Nie. Rozejrzałam się wokół, nikogo nie było, wydało mi się prawdopodobne, by tunel okazał się złudzeniem, jednak resztki ziemi na moim ubraniu nie pozwoliły mi długo wierzyć w te myśli. Obeszłam wokół ołtarz, nadal budzący grozę, strach, choć już nie krwawy.
- Witam ponownie. – Zimny i bezlitosny głos Kapłana odbił się echem w mojej głowie uderzając przy tym we wszystkie moje myśli. – Wiedziałem, że wrócisz. – Nie odwrócę się, nie mogę, to jest silniejsze ode mnie, strach. Poczułam, jak nagle odgarnia moje włosy z szyi paraliżując przy tym całe moje ciało. – Boisz się, to dobrze. – satysfakcja, wypełniła wszystko, mój koniec. Przybliżył twarz do moich ramion i cicho syknął do ucha – Już nic cię nie uratuje, tym razem nie uciekniesz, nie masz z kim. – łza, kolejna. Odsunął się do tyłu – Wnieście go. – nie odwróciłam głowy, nie mogę.
***
Pamiętam, jak uparcie wpatrywałam się przed siebie, pusty ołtarz, lecz zaraz pojawiło się na nim ciało Kruka, był martwy...
***
Nie! Nic nie rozumiem, to... to nie może się tak skończyć, dlaczego on?!
***
Przerażenie malowało się na mojej twarzy, w czasie gdy dwie postaci odchodziły w milczeniu. On nie żył, nie oddychał, a ja stałam obwiniając się za Jego śmierć, „przecież to mogłam być ja”, nie mogłam, teraz wiem...
***
Odwrócić głowę, muszę, ten widok...! Chwycił mocno moją głową zmuszając do patrzenia na martwego Kruka.
– A teraz spójrz, co zrobiłaś. – Jak to, co...? Ja? – To twoja wina, gdyby nie ty, nadal by żył. – Przecież... – Przyjrzyj się, oto efekt twojego egoizmu.
- Ale... Ja nie…!
- Nie Twoja wina, tak? Otóż twoja, nie broń się przed tym, kiedyś będziesz musiała przyznać się sama przed sobą do odpowiedzialności za to, co uczyniłaś. – twarz Kruka, jakby zastygła wykrzywiona w bólu, wyrzuty sumienia powoli biorą górę, zaczynam wierzyć w słowa Kapłana, choć... wiem... że to nie prawda, to oni go zabili! Może, gdybym pomogła, byłoby inaczej…
***
Nie mogłam uwolnić się od myśli, które natrętnie powtarzały mi, że On poświęcił się dla mnie, że gdyby mnie tu nie było, On nadal by żył, a ja właśnie zmarnowałam wszystko, do czego On dążył, co chciał osiągnąć.
***
Na moich policzkach ciężko było dostrzec cokolwiek spod strumieni łez. Kapłan rozluźnił uścisk, szybko odwróciłam głowę.
- I tak nie uciekniesz od tego widoku. Miłych snów. – mówiąc to, niemal przez zaciśnięte zęby, wyszedł, szybko, ja zostałam, Kruk śpi... Teraz ja muszę zasnąć...
komentarze [12]Rozdział jedenasty >> środa, 28 czerwca 2006 21:52:05
Otworzyłam oczy, tak zwyczajnie, niedbale, jakbym właśnie leżała w swoim łóżku, u siebie w domu, a za chwilę miała przyjść po mnie mama i budzić do szkoły. Nagle zatęskniłam za domem, bo chyba o nim zapomniałam, stał się dla mnie tak odległy, już nawet nie chcę tam wracać tak, jak na początku, nie zależy mi na powrocie do tamtych ścian, bo tamten dom, to jedynie pustka, nic więcej. Tutaj wszystko jest pełne emocji, choć złych, ale czuje się to miejsce, aż staje się jego częścią.
***
Pamiętam jak bałam się, w pierwszej chwili, że już nigdy nie zobaczę domu, a patrząc na kruczego mężczyznę nie czułam niczego prócz odrazy. Zmieniało się to jednak z każdą chwilą, w kierunku, do którego dążyć nie chciałam. Chociaż, gdy teraz o tym myślę, to nie chciałabym wykreślić tego, co wydarzyło się w czasie tych kilku... i wtedy też nie chciałam. Może przez chwilę...
***
Kroki, zwróciłam oczy w ich kierunku, podszedł do mnie Kruk, dziwnie sztywno, jakby… ceremonialnie.
- Wstań. Już pora. – tak, już czas, zaraz opuszczę ten pokój, szkoda. Patrzył jeszcze przez chwilę, aż odwrócił się i cicho usiadł na krześle. – Potrzebujesz jeszcze czasu? Na cokolwiek?
- Nie, na nic. – może jest w tym trochę kłamstwa, ale jak odpowiedzieć, że potrzebuję czas na pożegnanie? Czy nie wyda się to naiwne?
- Więc chodźmy. – Wstał, a ja zaraz za nim, podszedł do drzwi, a one otworzyły się bez żadnej jego ingerencji, cicho.
***
Już w chwilę później szliśmy ciemnymi korytarzami, nie pamiętam ile czasu upłynęło do chwili aż dźwięk czyichś kroków gwałtownie przerwał ciszę. Oboje wiedzieliśmy od samego początku, że będzie trzeba przyspieszyć kroku, zacząć uciekać, ale ja nie wiedziałam w jaki sposób, miałam nadzieję, że On wie. Wiedział.
***
Kto to? Czy wiedzą, gdzie jesteśmy, że uciekamy? Mam nadzieję, że nie... Ale gdyby tak było, to nie szedłby tak szybko. Jego oczy są takie nieruchome, na co patrzy, gdzie jest ten punkt, nie widzę...
***
W chwile potem jakiś głośny szept uderzył mnie z wielką siłą. Wiedziałam, że nas szukają, że nas znajdą…
***
Niemal biegniemy, korytarze, co chwilę zakręt, gdzie jestem, już nie wiem, znów rozwidlenie, kolejne ukryte przejście. Nagle ciemność, jeszcze głębsza, długi korytarz.
- Idź prosto, tam cię nie znajdą! Słuchaj uważnie, nie mamy czasu, na końcu drogi znajdziesz zamknięte drzwi, poradzisz sobie z ich otwarciem, potem droga już się kończy, powodzenia… - Zrobił kilka kroków do tyłu, patrząc się na mnie, chce, by mi się udało. Jego wskazówki, muszę iść.
***
Zaczęłam biec przed siebie, na początku wolno, jakbym na siłę próbowała się cofnąć, potem szybciej, najszybciej jak potrafiłam. Byle przed siebie. „Zabijcie go!”
***
Rozwścieczony głos Kapłana uderzył w moją podświadomość, w moje serce, stanęłam ślepo patrząc się przed siebie szklanymi od łez oczami, znów biegłam, dławiąc się spływającymi po policzkach strumieniami łez, usiłując powstrzymać wybuch płaczu, nie mogą mnie usłyszeć.
***
Podłoga zrobiła się dziwnie śliska, musiałam zwolnić, szłam powoli nie odwracając się do tyłu, w kierunku, skąd nadal dochodziły mnie odgłosy krzyków rozwścieczonego Kapłana… I nie tylko jego.
***
Coś pojawiło się przede mną, coś dużego, czy to te drzwi? Powoli wyciągnęłam rękę w kierunku czegoś na kształt klamki, była zimna i oślizgła, wstrząsnęły mną dreszcze. Pierwszy odruch – cofnąć dłoń, ale przecież muszę się wydostać.
***
Chciałam pchnąć wrota, gdy usłyszałam krzyk, jak skowyt wilka nie chcącego się poddać. Zamarłam w bezruchu, wstrzymałam oddech, przestałam myśleć wsłuchując się w coraz to nowe dźwięki. Wibracje niosące się po ścianach wyrażały okrutną agonię, cierpienie, odrazę.
Śmierć.
***
Nie! Błagam, nie! Osunęłam się gwałtownie na posadzkę, głowę przyciskając jak najmocniej do kolan. To nie może być prawda!
***
Długo by opisywać, co przeżywałam w tamtych długich chwilach... Poczucie wielkiej straty, rozpacz, samotność. Im bardziej próbowałam opędzić się od zgubnych myśli, tym trudniej było mi powstrzymać się przed straceniem kontroli. Z trudem podniosłam się na kolana, sięgnęłam klamki, zamknięte.
***
Ale... Przecież Kruk mówił, że... To imię, nie, nie mogę się teraz załamać! Próbowałam szarpać drzwi, jednak na nic się to zdało. Przecież nie mogę wrócić. Czuję czyjś dotyk, złudzenie?
***
Pamiętam, że nie wiele widziałam w tamtych ciemnościach, ale te oczy ciężkie były do pominięcia, one błyszczały. Piękne kobiece oczy. Niewielkich rozmiarów dziewczyna zbliżyła się do mnie na niebezpieczną odległość.
***
- Chcesz wyjść? Zgubiłaś się? – w jej głosie dostrzec można było wyraźne zmartwienie zmieszane z niespokojnym lękiem.
- Chcę wrócić… - gdyby tylko potrafiła mi pomóc…
- Ale gdzie? Jest wiele miejsc, do których można wracać, ale nie wiem, czy chciałabyś powrócić do tych, które ja znam, z takich zakątków raczej się ucieka. A więc dokąd cię zaprowadzić? – ciężko zrozumieć jej słowa, pomóc mi? Dlaczego miałaby mi pomagać?
- Chcę wyjść na zewnątrz. – powoli, jakby miała nie zrozumieć każdego słowa z osobna. Na jej twarzy wymalowało się przerażenie. Wymamrotała kilka słów pod nosem, a drzwi lekko skrzypiąc ukazały to, co znajdowało się za nimi.
- Więc życzę powodzenia... – powiedziała wyrażając w słowach wszelkie swoje wątpliwości.
***
Dotąd zastanawia mnie, co mogła robić w miejscu takim, jak tamto… Musiała uciec, tak jak i ja, więc czy On również jej pomagał...? Dziwne, bo myśląc o tym odczuwam wielką zazdrość, jakby o sam fakt istnienia obok Niego choć przez chwilę, krótką. Miała dziwny uśmiech, wyrażający wielką beznadziejność wszystkiego, co nas otacza, otaczało. Lekko pchnęłam drzwi przed siebie, nie chciałam iść dalej.
***
Jakieś rośliny, mokre, ale skąd te delikatne smużki światła, jakby z wnętrza rośliny? Wielkie pnącze oplata cały tunel, nie chcę tam iść, te liście… sprawiają wrażenie żywych, jakby… oddychały?
***
Lekko stanęłam na zielonym, twardym dywanie, zwykła przezorność, poszłam, bo i cóż mogłam zrobić? Przeszłam kilka kroków, a drzwi zatrzasnęły się z hukiem, odruchowo odwróciłam głowę, musiałam iść dalej.
***
Chciałabym, żeby to wszystko wreszcie się skończyło! Mam nadzieję, że on żyje… Na pewno żyje.
***
Przerażenie stało się moim najlepszym przyjacielem, nie odstępowało mnie ani na krok, zaś nadzieja największym wrogiem… kłamcą. Szłam dalej.
komentarze [18]Rozdział dziesiąty - Sen >> niedziela, 9 kwietnia 2006 17:23:46
Chwilowy zawrót głowy, otworzyłam oczy i już szłam prosto do celu, oddalonego, niewyraźnego, jakby był za mgłą. Pamiętam, że uciekałam, ale mimo to, szłam wolno, niby na letnim spacerze, On był tuż obok mnie, przyspieszył kroku, za nami oni, biegniemy. Przybliżali się z każdą chwilą, aż w końcu dobiegliśmy do przejścia. Wiedziałam, że przedostać się mogła tylko jedna osoba, potem nie było już odwrotu. Musiałam dokonać wyboru, iść i zostawić Go wraz z innymi, lub zostać… i zginąć. Niemal wepchnął mnie do lśniącego portalu, ale zatrzymałam się, chwila, pozostała nam jedynie krótka chwila, chciałam zostać, być przy Nim, zginąć, ale wiedziałam, że nie mogę. Szybka wymiana spojrzeń i… uśmiech, krótki, niewyraźny, jakby chciał mnie przy sobie zatrzymać, mimo wszystko ocalić. Przeszłam przez portal, ponury obraz powoli zanikał, a ja patrzyłam, jak Kruk stoi i czeka na właściwy moment…
***
Otworzyłam oczy, jest, siedzi naprzeciwko mnie. Zabawne, niemal za każdym razem, gdy się budzę, on jest dokładnie w tej samej pozycji, jak wtedy, gdy zasypiam, to powoduje takie dziwne uczucie… jakbym spała zaledwie kilka chwil, a może rzeczywiście tak jest?
- Jutro opuścisz to miejsce. – ulga zmieszała się z przerażeniem, nareszcie uwolnienie… a co, jeśli będzie tak, jak we śnie? Nie chcę szczęścia kosztem innych, kosztem jego.
***
Nie wiem, co mnie bardziej przerażało, jakiekolwiek zagrożenie, czy możliwość ucieczki bez Niego, bez żadnej nadziei na ponowne spotkanie… Teraz już wiem. Miałam jeden dzień, tak przerażająco mało… Potem, już tylko samotność.
***
- Nie musisz się zbytnio przygotowywać, wystarczy, że nie będziesz zwracała na siebie uwagi, tyle. – beznamiętnie, jak zawsze, chciałabym, tak bardzo bym chciała usłyszeć smutek w jego głosie, ten jeden raz…
- Dobrze, postaram się… zrobić wszystko jak najlepiej.
- Wiem, w końcu chcesz się stąd wydostać. – on chyba też by chciał. Więc dlaczego tego nie zrobi? Wstał, odwrócił się, powoli ruszył w kierunku drzwi…
- Dlaczego chcesz mi pomóc? – wypaliłam nagle. Czemu czasem nie umiem się powstrzymać, by nie powiedzieć czegoś, co jest całkiem nie na miejscu. Przez chwilę panowała głucha cisza, niezręczna.
- Ponieważ uważam to za słuszne. – spokojnie, krótko.
- Ale dlaczego? – milczał, nie odpowiedział. Wyszedł z pokoju nie patrząc na mnie, cicho zamknął za sobą drzwi, a ja nadal wbijam wzrok w ten napastowany odwiecznie przeze mnie punkt zawieszony w przestrzeni.
***
Zwykle zadając pytanie chcemy usłyszeć odpowiedź, ja jednak nie chciałam, nie zdając sobie z tego sprawy. Ogarnęło mnie uczucie dziwnej pustki, która w jednej chwili wypełniła wszystko. Nawet dym z palącego się w rogu kadzidła wydawał się unosić o wiele wolniej niż przed upływem chwili. Chciałam zniknąć i już więcej się nie pojawić, dać odpocząć duszy… Czekałam tak na jakąkolwiek zmianę sytuacji, najdrobniejszy znak, który wskazałby mi, co mam robić, ale nic takiego się nie pojawiło, jedynie podłużny cień pełznący po dywanie w moim kierunku…
***
Pewnie Kruk wrócił… Gdzie jest, gdy odchodzi, gdy nie ma go przy mnie, co robi?
- Powinnaś odpocząć, jutro będą potrzebne ci wszystkie twoje siły. – mówił, jakby dla wypełnienia ciszy.
- Dobrze. – Dlaczego tak odpowiadam, faktycznie jestem nieco zmęczona, ale przecież niedawno się obudziłam.
- Tylko tym razem proponuję łóżko, chyba, że preferujesz nieco inny sposób wypoczynku, cóż, zawsze wydawało mi się, że ciężko jest się wyspać na fotelu. – jego wargi z jednej strony lekko wykrzywiły się w uśmiechu, lub raczej w jego marnej parodii
- Ale, przecież Pan też musi gdzieś spać... – Spojrzał na mnie nieco przygaszony.
- Dam radę, o mnie nie musisz się martwić.
***
W tamtych słowach zawarte było tak wiele emocji, jakby podziękowanie, coś, czego wtedy jeszcze nie byłam w stanie zrozumieć, a i teraz nie w pełni. Złość, ogromna nienawiść do wszystkiego, co mnie otaczało, a zarazem przytłaczało, wydawały się nie do zgłębienia. Jednak z każdą chwilą coraz bardziej zbliżały się do dna.
***
Jutro, a więc to będzie dzień ucieczki, tak? Nie chcę uciekać, chcą zostać, przy Nim. Nie zostanę. Lekkim ruchem dłoni zasugerował, bym położyła się na łóżku, poszłam, jak zawsze, gdy tego chciał, zamknęłam oczy, on usiadł, jeszcze długo nie zasnę...
***
I nie spałam, nie mogłam, przymrużonymi oczami patrzyłam na Niego tak długo ile zdołałam, każdym nerwem chłonęłam atmosferę panującą wokół, chciałam, by świat się zatrzymał, bezcelowo, bezsensownie, chciałam, by ta jedna chwila trwała wiecznie, widzieć Go, leżeć w Jego łóżku, w Jego pokoju, z Nim. Nie myślałam nawet o tym, że w tym wszystkim, przy Nim, jest więcej samotności, niż w każdym innym miejscu. Im dalej tym... bezpieczniej. Powieki opadały coraz niżej, aż w końcu zapadłam w coś, w rodzaju półśnienia...
***
Jakby za mgłą widziałam Jego ruchy, wstał, mówił coś, podszedł do mnie i... Zasnęłam.
komentarze [17]Rozdział dziewiąty - Fałsz >> piątek, 31 marca 2006 13:39:54
Bałam się, strach, w tym miejscu nie dało się go nie odczuć, nigdy nie zaznałam takiego uczucia na długo, a wtedy... Miałam zamknięte oczy, bałam się spojrzeć w twarz tego, który był tak blisko mnie, miałam nadzieję, ale tylko to.
***
Nie, błagam, żeby nie był Kapłanem, proszę! Dlaczego tak długo trzyma mnie w niepewności, nie chce puścić?! Rozluźnił uścisk...
***
I puścił, nie czułam niczyjego dotyku i nie wiem co było gorsze, strach, czy brak jakichkolwiek bodźców. Trwało to kilka chwil, ja nadal płakałam, sama, nie wiedziałam kto jest przy mnie, czy mój Kruk nadal żyje, uspokoiłam się, moje mięśnie nieco się rozluźniły, po policzkach nadal spływały wilgotne krople, poczułam jak czyjaś dłoń ociera moje łzy…
***
Kruk, przecież to musi być Kruk! Nadal nie otwieram oczu, podniósł mnie, tak lekko, przycisnął mnie do swojego ciała, znów był blisko, podniosłam powieki, tak to on! Dziękuję… Spojrzenie miał tak smutne, w dziwny nie dający spokoju sposób, oczy zmęczone, jakby napęczniałe od nadmiaru łez, które zbierały się tam przez lata, jeszcze długo tam zostaną. Żyje, jest przy mnie i tylko to się liczy!
***
I znów zapomniałam o problemach myśląc o tym, że są daleko, w pewnym stopniu mnie nie dotyczą, dlaczego było tak jedynie wtedy, gdy czułam Go przy sobie, zwyczajnie ignorowałam wszystko, co mogło zakłócić mój spokój, tak ulotny i chwilowy, że nie mogłam go stracić, jeśli już był w moim „posiadaniu”. Był przy mnie, owszem, ale na jak długo, nie chciałam wiedzieć, jednak w głowie krążyła mi jedna myśl, którą chciałam całkiem zignorować i na nieszczęście udawało mi się to zbyt dobrze, czy On w ogóle był przy mnie? Pytanie tak banalne i z pozoru nie mające sensu, kolejny paradoks, jeden z wielu, który usilnie nie dawał mi spokoju. Był blisko, ale gdzie wędrowały jego myśli, tego nie wiem nadal, choć pewnie nie chce wiedzieć, nie dałoby mi to nic, poza smutkiem, jeszcze większym opuszczeniem, mój Kruk...
***
Czuję, jest przy mnie, dlaczego nie może być tak zawsze, za każdym razem, gdy odchodzi, tak bardzo mi go brakuje, ale dlaczego aż tak..? Przecież wiem...
***
W całej tej sprawie zapomniałam o Kapłanie, ale tylko chwilowo, nie mógł przecież całkiem ujść mej uwadze, był zbyt... ważny, istotny, może nawet odgrywał kluczową rolę, ale nawet teraz nie do końca jest mi to zrozumiałe.
***
Kapłan! Gorączkowo obiegłam wzrokiem pomieszczenie, częściowo wyrywając się z uścisku Kruka, nie było go.
- Gdzie on jest? – w odpowiedzi otrzymałam milczenie i pobłażliwy… uśmiech, kpi? Bawi go moja panika, nie, nie możliwe. Odsunęłam się odruchowo, jednak on podszedł bliżej, objął mnie w pasie…
***
W Jego ruchach można było wyczuć strach, a raczej krztynę obawy, jakby niezręczności, przy czymś, co jest nam obce. Jego smukłe dłonie, jakby bezradnie podążały drogą wyznaczoną przez ramiona, włosy unosiły się lekko tuż za nim, fascynował mnie, nadal fascynuje, poruszał się z naturalną mu, nie wyuczoną gracją, parodią krzywej gracji, tak było z każdą Jego częścią, piękno podkreślało agresywność, gdy spojrzenie wrogo… uwodziło, ale to jedynie ja uważałam je za uwodzicielskie, bo chciałam je takie dostrzegać, niesłusznie. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że kiedykolwiek mógłby mnie skrzywdzić, a wiedziałam, że mógł, Jego niezaprzeczalnie agresywna natura wskazywała na dokładnie takie nastawianie, do wszystkich, w tym do mnie.
***
- Gdzie, co się z nim stało, czy już nie żyje?! – czy ja go obwiniam, za cokolwiek.
- Nie, nadal żyje. – opanowany, ale jakby, smutny, czy, to oznacza, coś złego, złego dla mnie, czy dla niego, może dla obojga... – Jego nie można zabić, nie w ten sposób. – tłumaczył, niby nauczyciel dziecku, które jeszcze niewiele wie, o czymkolwiek. Taka jest prawda, zdaję sobie z tego sprawę.
***
Pogubiłam się w tym wszystkim, próbowałam doszukać się logiki, jakiegokolwiek celu, ale nie potrafiłam go dostrzec. Nic z tego, co się wydarzyło nie miało dla mnie sensu, jak zarazem prawa bytu, przecież, we mnie nie ma nic niezwykłego, a sytuacja, w jakiej byłam odbiegała od jakichkolwiek norm, to fakt, ale nie mogłam widzieć nic, byłam ślepa, nie zwracając uwagi na wszystkie szczegóły, nie kojarząc faktów, nie było nic, co w moich oczach mogłoby oczernić mojego Kruka, „On jest inny, nie ma w sobie nic złego” podstawowy błąd!
***
Coś, coś nie daje mi spokoju, gdzie w tym wszystkim jest moje miejsce? Wiem, że jest, może nawet istotne, ważne, jednak gdzie? Miałam zginąć, nie zginęłam, ofiara nie została oddana, czy tego się boją, zemsty?
- Będziesz musiała uciekać – przerwał rozmyślania – Nie mogę bronić cię bez końca. – mówił, jakby miał do mnie wyrzuty o to wszystko, co się wydarzyło, choć nie było to moją winą i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale to, co mówił miało na mnie zbyt duży wpływ, sposób w jaki wypowiadał słowa, obwiniając mnie, czułam się winna, mimo wszystko winna, zła, niepotrzebna, niechciana.
***
„Winna”, to słowo nieustannie krążyło w mojej podświadomości i zajmowało niemal wszystkie myśli, kazało narzucić na siebie karę, jak najgorszą, sprawiającą ból, dogłębny.
***
- Nie martw się, dopóki jesteś na tyle słaba, by zginąć przy pierwszej nadarzającej się okazji, nie oddam im cię bez walki, ale pamiętaj, nic nie trwa wiecznie. – on, mój Kruk, nie zostawi mnie...
***
W tych słowach było więcej pytania niż czegokolwiek innego, szukałam odpowiedzi, poparcia, bałam się, że mnie zostawi, mój Kruk, bo przecież nie mógł, prawda? Naiwność.
***
„Dopóki”, jak to... Co zmieni czas, nie uda mi się uciec bez jego pomocy, sama nic nie zdziałam, musi mi pomóc i na pewno pomoże, przecież jest moim Krukiem...
***
Zabawne wydaje mi się teraz moje dawne spojrzenie na świat, na to, co mnie otaczało, owszem, mógł mnie zostawić i pewnie zostawiłby, gdyby nie to, że… Zabawne, wraz z biegiem czasu coraz częściej nazywałam Go „swoim Krukiem”, imię, które przylgnęło do Niego w moich myślach, może nawet sercu, mówiło o nim więcej niż by sobie tego życzył, zarazem „mój”... Nie, nie był mój, choćbym nie wiem jak wmawiała to sobie, to nigdy nie będzie, nawet nie potrzebował, nie mógł należeć do nikogo, ale pragnęłam, by było inaczej, chciałam, by miał spokojne życie, jakiego nigdy nie zaznał, niesprawiedliwie, według mnie. Ale On w przerastający mnie sposób był częścią tamtego miejsca, połączony niewidzialnymi więzami z każdą istotą przebywającą wśród ciemnych ścian, wyłączając mnie, ja nie pasowałam tam, byłam tam zbędna, w tej formie, w której byłam. Jako ofiara, puste ciało, bez duszy, myśli i uczuć, stałabym się elementem pasującym do całości, więc czy On nie miał już uczuć, czy Jego serce wyzbyte było z emocji właśnie dlatego, że stał się... częścią wszystkiego. Zawzięcie wierzyłam w to, że było inaczej, że za pozą, jaką stwarzał i kreował każdej chwili, był tym Krukiem, jakim Go widziałam, jakiego pokochałam...
***
Łza, znów płaczę, nie potrafię się powstrzymać, chociaż chcę. Podchodzi do mnie powoli, chwycił delikatnie moją dłoń, spojrzał nie na twarz, na wolno spływającą po policzku łzę, czy też chciałby płakać?
- Chodź. – słowa brzmiały tak ciepło, troskliwie, jak nigdy dotąd. Objął mnie ramieniem i zaprowadził na fotel, usiadłam. – Musisz być silna, - będę – inaczej nie dasz rady. – wiem. Obszedł stół dookoła i usiadł naprzeciwko mnie. Poważny, wyrozumiały...
- Musisz odpocząć, a ja wiele ci wyjaśnić. – zakręciło mi się w głowie, zasnęłam…
***
Jeszcze przez chwilę czułam na sobie Jego spojrzenie, ale zaraz odeszło, a na jego miejsce przyszedł sen, kolejny sen, który zostanie w moich wspomnieniach jako bolesna porażka...
komentarze [8]Rozdział ósmy - Złudzenie >> sobota, 25 marca 2006 18:20:37
Szybki, zdecydowany ruch, krew i ból, zapadł mrok… Oślepiające światło wypełniło całą przestrzeń. Co, co się dzieje? Po kilku chwilach, gdy oczy były już w stanie dojrzeć choćby drobinkę z tego, co było do ujrzenia, moim oczom okazał się widok, jaki nie każdemu damy jest oglądać. Stał, unosił się, dumnie podnosząc głowę, Jego szaty były lśniąco czarne, włosy błyszczące, jak… Nie, to nie możliwe…
***
Dejavu. Znów to samo, te same uczucia, ci sami ludzie, ta sama sytuacja, oraz On... Wszystko to dokładnie takie samo, jak wtedy, ale przecież to ta sama chwila, złudzenie, czy też prawda, nie wiem… Spojrzenia, znałam je, widziałam, tak przytłaczające... pamiętam, żyłam, ale nie miałam wpływu na to, co robię, wszystko odgórnie ustalone, bezsilność.
***
Kruk, poszedł, kapłan, znów groźba, strach, nadal ten sam, nie wiem co się dzieje, zbyt dobrze znam chwile obecną, co?! Znów wrócił, jestem blisko, tak dobrze, spokojnie, zasypiam....
***
Wiedziałam co się dzieje, wiedziałam, co nastąpi za chwilę, ale nie mogłam sobie przypomnieć, tego, co najważniejsze, do czego dąży to wszystko, cel. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jeśli nie przypomnę sobie wszystkiego na czas, to będę żałowała tego do końca, ale nie umiałam zapanować nad myślami, dążyły w zupełnie innym kierunku...
***
Jest tak blisko, że ciężko mi w to uwierzyć, ale to już było, już raz się stało... Miało miejsce, ale dlaczego ta chwila jest tak realna, co się ze mną dzieje. Być może to jedynie złudzenie, które mówi mi, że... dlaczego to dąży do śmierci?! Czy on już kiedyś... umarł? A może, nie o niego chodzi... Więc o kogo? Ale czy to istotne, przecież teraz jest i nigdzie nie idzie, zostanie blisko mnie, nic dwa razy się nie zdarza...
***
Bzdura. Dlaczego pewne rzeczy uświadamiam sobie dopiero teraz, gdybym przypomniała sobie wcześniej, ale nie, jak zwykle za późno.
***
I znów pogrążyłam się we śnie...
Wstał i wyszedł z pokoju, lekko otworzyłam oczy, co się dzieje? Nie ma go, gdzie poszedł?! Wiem, teraz wiem! Zginę, zaraz przyjdzie, co robić?! Strach zagłuszył odgłos nadchodzących kroków, otworzyły się drzwi, wszedł Kapłan, tak, jak wtedy. Znów się trzęsę, strach, ten sam, ale co będzie potem...? Ostrze, kolejna kropla krwi, spływająca tak wolno... Kruk!
***
Nie wiem, czy określenie tego naiwnością byłoby trafne, ale właśnie tak to teraz czuję, tak bardzo moją głowę zaprzątała myśl o śmierci Kruka, że zapomniałam o niebezpieczeństwie, które tak naprawdę groziło właśnie mi.
***
Zbliża się, podchodzi, czemu tak na mnie patrzy?!
- Zabij mnie, przecież po to tu przyszedłeś. – powiedziałam, ot tak, ale dlaczego, przecież to nie moje słowa, albo... Zdezorientowanie.
***
Coś nie pasowało, zdawałam sobie z tego sprawę, ale zaślepiona, nie wiedziałam co... Jak zwykle zawiodła mnie moja zaborczość.
***
- Co wiesz?! – ostrze przy mojej szyi... Nóż, śmierć, moja, Kruk żyje!
***
Wszystko spadło na mnie jakby w jednej chwili, cały ciąg obrazów, strach, panika, ból, wszystkie słowa, krew, a na końcu otwierające się drzwi, On, wbiegający z niemym krzykiem by mnie... uratować, ale ja już wtedy nie żyłam i Kruk... również umarł...
Przeraziło mnie to, w pierwszej chwili wszystko, jakby się zatrzymało, nie pozwalało nawet na najmniejszy ruch, oddech ustał, oczy miałam wciąż otwarte, cała panika, która zbierała się we mnie nagle stała się nie do opanowania i przelała się z wielką siłą przez cale moje ciało. Nie wiem jak, wyrwałam się z uścisku, znalazłam się na drugim końcu pokoju, niemal w tej samej chwili otworzyły się drzwi, światło...
***
Panika! Obłęd, znów to uczucie, co się dzieje, czy on teraz zginie?! Boże, nie błagam!
***
Zwinięta w kłębek cicho płakałam, gdy oni... Nie wiem, nie pamiętam, ale... Dopiero po upływie, kilku chwil, po tym, gdy wszystko ucichło odzyskałam świadomość, nadal nie opuszczało mnie poczucie strachu, do chwili gdy, chwycił mnie za ramię, ale... kim był? Miałam tak wielką nadzieję, że Kruk, mój Kruk jest teraz przy mnie. Nie, przecież, On nie złapał by mnie tak mocno!
komentarze [8]
...-*-...
Layout Created by Nimrodel/